fot. UCI

Mateusz Rudyk to aktualnie najlepszy polski sprinter. Porozmawialiśmy z nim o przygotowaniach do igrzysk olimpijskich, a także o mistrzostwach Europy, w których niestety nie mógł wziąć udziału.

Mateusz Rudyk niedawno chorował na koronawirusa, przez co, jak większość zawodniczek i zawodników reprezentacji Polski, nie wziął udziału w torowych mistrzostwach Europy w bułgarskim Płowdiwie.

– Czuję się dobrze, nic mi nie dolega i nie dolegało, bo całą chorobę przeszedłem bezobjawowo, więc pod tym względem jest okej. Nie zauważyliśmy, żeby na treningach coś nie było w porządku, badania krwi i EKG serca też nic nie wykazały, więc myślę, że wszystko jest dobrze. Tak naprawdę nie szykowaliśmy się głównie pod mistrzostwa Europy, ponieważ informacja o tym, że się odbędą została podana na niecały miesiąc do startu. Wcześniej słyszeliśmy plotki na ich temat, ale nie było oficjalnego stanowiska Europejskiej Unii Kolarskiej, więc jakoś się przygotowywaliśmy, ale raczej jako kolejny przystanek w drodze do igrzysk, sprawdzenie swojej dyspozycji, na jakim poziomie jesteśmy. Nie stawialiśmy wszystkiego na jedną kartę, że musimy tam wygrać. Na pewno było to luźniej traktowane, co nie zmienia faktu, że przykre jest to, że koronawirus nie pozwolił nam tam pojechać, na mistrzostwach Polski prezentowaliśmy całkiem dobrą formę, co było dobrym prognostykiem przed walką o medale w sprincie indywidualnym i drużynowym oraz w keirinie – mówił Rudyk.

– Druga sprawa to stypendia za wyniki, które, oprócz wsparcia PKN Orlen w moim przypadku, są głównym źródłem utrzymania. Większość moich kolegów z kadry miało stypendia z mistrzostw Europy czy świata i chcieli tam znaleźć na szansę, by zdobyć i wynik i podciągnąć się finansowo. Ja gdybym mógł wystartować w mistrzostwach Europy, to celowałbym w tytuł w sprincie indywidualnym, bo sytuacja i moje nogi były sprzyjające, ale niestety się nie udało, ale to już jest za nami i szykujemy się do przyszłego roku.

Niedawno Europejska Unia Kolarska zmieniła datę rozgrywania przyszłorocznych mistrzostw Europy. Z powodu reorganizacji torowego kalendarza kontynentalny czempionat początkowo miał odbyć się w lutym, lecz został przeniesiony na czerwiec i będzie ostatnią dużą imprezą przed igrzyskami olimpijskimi w Tokio.

– Nie zdążyliśmy jeszcze porozmawiać z trenerem o przesunięciu mistrzostw, bo ta informacja pojawiła się nagle i w ogóle nie wiedzieliśmy, że są takie plany. Nastawialiśmy się na to, że będą one w lutym, a nagle zostały przełożone na czerwiec. Nie rozmawialiśmy jeszcze, czy jest to dla nas zmiana na plus, czy na minus, ale na razie plany zostają te same. Będziemy wylatywać teraz na zgrupowanie pod kątem szosy na Fuerteventurę, żeby trochę słońca tam złapać. Będziemy też wprowadzać treningi na siłowni, żeby trochę “odpocząć” od toru i zrobić bazę szosową, żeby po parę godzin jeździć po tamtejszych trasach

Celem Mateusza Rudyka na przyszły rok są oczywiście igrzyska olimpijskie, gdzie będzie jednym z faworytów do medalu. Jego najgroźniejszymi przeciwnikami będą Holendrzy – Harrie Lavreysen i Jeffrey Hoogland, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat triumfowali we wszystkich najważniejszych zawodach.

– Gdybym uważał, że nie jestem w stanie pokonać Holendrów, to na pewno nie trenowałbym tak, jak trenuję. Cały czas ja i mój trener wierzymy, że jesteśmy w stanie ich pokonać, bo już niejednokrotnie nawiązywałem z nimi dość równą walkę w sprincie. Nie ma co ukrywać, że na razie byli górą i są najlepsi na świecie, zdominowali sprint, ale wierzę w to, że mogę walczyć z nimi jak równy z równy, na kogo korzyść, to się okaże na igrzyskach olimpijskich – zakończył Mateusz Rudyk.