Mój znajomy ma takie powiedzenie: „Jak chcesz szybko zrobić coś wielkiego, to zawsze możesz umyć słonia. Większość innych wielkich rzeczy potrzebuje dużo czasu, spokoju, konsekwencji i bardzo, bardzo ciężkiej pracy”.

Przypomniało mi się to powiedzonko w środę, gdy polskie drużyny sprinterskie wywalczyły w Berlinie olimpijskie kwalifikacje. Wielu ludzi się ucieszyło, ale jak zwykle znaleźli się i tacy, którzy i w tym sukcesie dostrzegli jakąś ciemną stronę. Bo to przecież tylko siódme i ósme miejsca, bo na mistrzostwa świata jeździ się po tęczowe koszulki, bo to drużyny bez większych ambicji, a trenerzy jak zwykle popełnili masę błędów. W sumie normalka. Już mi się odechciewa z tym dyskutować. Niech reszta będzie milczeniem.

Tych jednak, którzy nie do końca potrafią się zdecydować, czy cieszyć się z tego sukcesu, czy raczej przyłączyć do chóru kanapowych malkontentów, chciałbym jednak mimo wszystko przekonać, że nasi torowcy dokonali niemal niemożliwego.

Kolarstwo torowe jest specyficzną dyscypliną. Owszem, tory się od siebie trochę różnią, warunki też się czasem potrafią zmieniać i wbrew pozorom jest w tym sporcie cała masa zmiennych, które mogą mieć jakiś wpływ na wynik. Ale zasadniczo niewiele jest dyscyplin, w których trening i zawody przebiegają w tak podobnych warunkach, na niewielkiej przestrzeni i z bardzo ograniczonymi możliwościami wpływania na zewnętrzne czynniki. Może najbliżej byłoby tu halowej lekkoatletyce, ale przecież nie o porównania chodzi.

W drużynowych sprintach sprawa jest zasadniczo prosta: trzeba jak najszybciej przejechać 500 lub 750 metrów. Nie ma tu właściwie miejsca na żadną taktykę, liczy się tylko to, co ma się pod nogą. I co mają koledzy lub koleżanka. A na końcu wszystko się rozbija o tysięczne części sekundy. I to one właśnie są tutaj tym przysłowiowym języczkiem u wagi.

O te ułamki sekund torowy świat toczy prawdziwą wojnę, w której każdy, nawet najmniejszy detal ma znaczenie. Od konstrukcji roweru, przez kształt siodełka i kierownicy, po materiał, z którego uszyty jest strój.

Brytyjczycy do prac nad rowerem na igrzyska w Tokio zatrudnili inżynierów z Lotusa – firmy z blisko 70-letnią tradycją, specjalizującej się w sportach motorowych i ze sporymi doświadczeniami w Formule 1. Australijczycy sięgnęli po pomoc naukowców i wspólnie z Argonem przez ponad dwa lata modelowali nowe maszyny. Duńczycy też zasiedli na nowych rowerach i już pierwszego dnia mistrzostw dwukrotnie pobili rekord świata w drużynowej jeździe na dochodzenie. Tylko Holendrzy trzymają swoje odkrycia w tajemnicy, bo rywalom wolą demonstrować własne plecy. Tu toczy się prawdziwa wojna.

Nasi torowcy – jak narodowa tradycja nakazuje – poszli na tę wojnę z kosami na czołgi. I chociaż kolarska centrala zapewnia, że niczego im nie brakuje, bo przecież (jeszcze) mają tor, ale nasza codzienność w istocie skrzypi jak stary rower. W sumie dobrze, że jeszcze w ogóle mają rowery….

Wyniki polskich sprinterów może i nie są na miarę naszych ambicji, ale jeśli uwzględnić warunki, z jakimi na co dzień muszą się mierzyć, znacząco przekraczają granice wyobraźni.

I oczywiście zdaję sobie sprawę, że kwalifikacyjna punktoza nie do końca odzwierciedla rzeczywisty układ sił na torze. Zdobyte Puchary Świata poniekąd również, bo o tym jak świat nam daleko odjechał świadczyć też może fakt, że niektóre drużyny uczestniczyć w tej walce zwyczajnie nie musiały. One swoje bitwy powygrywały znacznie wcześniej. Niektóre już przed rokiem w Pruszkowie. A mimo to nie przestały się zbroić.

Znalezienie się gronie ośmiu najlepszych zespołów z kwalifikacjami olimpijskimi jest sukcesem, na który polskie skłócone i zdezorganizowane kolarstwo zwyczajnie sobie nie zasłużyło.

Jest sukcesem Uli Łoś, Marleny Karwackiej, Maćka Bieleckiego, Krzyśka Maksela, Patryka Rajkowskiego, Mateusza Rudyka i Rafała Sarneckiego. To oni, wspierani przez Daniela Meszkę i Igora Krymskiego oraz cały sztab życzliwych im ludzi, dzień po dniu walczyli z przeciwnościami, łamali swoje ograniczenia i przesuwali kolejne granice swoich możliwości, wielokrotnie bijąc po drodze rekordy Polski. Nie dzięki, ale na przekór okolicznościom.

Zrobili wszystko, co powinni byli zrobić, poświęcając na to mnóstwo czasu, konsekwencji i potwornie ciężkiej pracy.

Zdobywając bilety do Tokio już wygrali. Osiągnęli coś wielkiego.

Chcecie szybciej czegoś większego? Umyjcie słonia.

Mariusz Czykier